Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki i sposoby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki i sposoby. Pokaż wszystkie posty

06 lutego 2011

„Cynk, cynkowanie... Wahadło?”



   Ileż znaczeń ma to słowo! Cynk, to pierwiastek chemiczny. Jego związki wykorzystywane są w stomatologii. Cynkowanie oznacza pokrywanie, obtaczanie, powlekanie. Cynk można komuś dawać, czyli powiadamiać i informować, lub od kogoś dostawać cynk, co może oznaczać ostrzeżenie lub cenną wiadomość. Cynk może też, w dzisiejszym świecie, oznaczać krótki sygnał telefoniczny, który wysyłamy bliskiej osobie, a taki sugerować może wszystko, w zależności od tego, jak się umówiliśmy. Problem w tym, że z nikim tego dnia na „cynkowanie” nie byłam umówiona. Lenka też nie. Od rana telefon wariował. Były normalne połączenia, a między nimi, co pewien czas odzywał się dźwięk dzwonka pojedynczo- jeden sygnał i koniec. Znów zamigało nieodebrane połączenie. Ciągle ten sam numer. Lenka próbowała odebrać, ale nigdy nie zdążała. Zaczęłyśmy podejrzewać, że albo ktoś próbuje się dodzwonić rzeczywiście, albo... robi sobie żarty. Denerwujące. Postanowiłyśmy „odcynkować”, tak kilka razy, by ten ktoś dowcipny odczuł na własnej skórze, to co my. Na chwilę pomogło, ale po kolejnej godzinie znów się zaczęło. Dzieci się bawią, czy co? Po raz kolejny Lenka odpowiedziała serią „cynków”. A potem chodziła ze słuchawką w ręku, by natychmiast odebrać, gdy zadzwoni „znany już nam numer”. Zadzwonił.
-Gabinet stomatologiczny, słucham- odezwała się szybko asystentka
-Pani dzwoniła do mnie?- usłyszała pytanie Lenka
-Tak, bo pan dzwonił do nas wielokrotnie. W jakim celu?- odpowiedziała pytaniem
-Chciałem, by pani do mnie zadzwoniła- odparł mężczyzna- mam zamiar umówić się na wizytę.
-Bardzo proszę. Jakie godziny panu odpowiadają?
-Obojętne.
Lenka podała datę i godzinę wizyty. Długo rozmyślałyśmy o tych podchodach. Chciał zaoszczędzić na połączeniu, czy może nie był zdecydowany jeszcze na wizytę, a „cynki” oznaczały wahanie pacjenta? Co to za nowe sposoby i techniki umawiania się na spotkania? Do tej pory nie rozwiązałyśmy tej zagadki, bo pan nie pojawił się na wizycie. Dobrze, że chociaż przestał się już wahać.

ilustracja:
http://www.focus.pl/images/0806/pics/DSC_0596_232833bfbe.jpg

02 lutego 2011

"Placebo i siła sugestii"

   Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo zależy od nas samych, ile czujemy i jak odczuwamy zabiegi, zarówno leczenie zęba, jak i jego usunięcie. Nasze psychiczne nastawienie jest tu najistotniejszym punktem. Jeżeli ktoś zakłada, że będzie odczuwał ból, to z pewnością tak się stanie. Poziom stresu, lęku przed wizytą i w jej trakcie ma olbrzymie znaczenie. Zrozumiałam to zaraz na początku mojej zawodowej kariery. Pracowałam już rok.
Starszy, doświadczony kolega poprosił mnie, bym na chwilę zastąpiła go. On w tym czasie był w innym gabinecie, ale w tej samej przychodni. Zgodziłam się z ochotą, bo ćwiczenie czyni mistrza. Im więcej pracy, im więcej różnych przypadków i sytuacji, tym lepiej.
Na dodatek towarzyszyły mi dwie asystentki. Ta kolegi i moja. Przyjęcia szły bardzo sprawnie, aż...
-Następny proszę- zawołała pani Ania. Weszła młoda kobieta. Obrzuciła wzrokiem gabinet.
-A pana doktora nie ma?- zapytała z niepokojem
-Jest pani doktor- odpowiedziała Lenka
-W czym mogę pomóc?- stanęłam przy fotelu.
-Mam zęba do usunięcia, pan doktor tak powiedział na ostatniej wizycie, dzisiaj miał go usuwać.-zrelacjonowała pacjentka
-Nie ma sprawy, usuniemy.- z uśmiechem odpowiedziałam, ale kobieta patrzyła nieufnie. Przeprowadziłam wywiad, obejrzałam zęba i podałam znieczulenie. Próbowałam nieudolnie nawiązać bliższy kontakt z pacjentką, by zmniejszyć jej strach. Odczekałyśmy odpowiednią ilość czasu i sprawdzać zaczęłam, czy jest porządnie znieczulone miejsce zabiegu. Pacjentka nadal czuła, twierdziła, że nic nie mrowieje, nic nie drętwieje. Dodałam jeszcze środka znieczulającego inną metodą. Nadal bez efektu. Sadystą nie jestem (chociaż wszyscy tak kojarzą mój zawód), nie będę rwała zęba, gdy pacjent wszystko czuje. Nie mogłam zrozumieć, jak to się dzieje, podałam przecież zgodnie ze sztuką i tyle środka ile powinnam. Mój brak doświadczenia sprawił, że nie wiedząc co robić w takiej sytuacji złapałam za telefon i poprosiłam starszego kolegę, by wrócił do gabinetu na moment. Wrócił błyskawicznie.
-Co się dzieje?- zapytał pacjentki
-Wszystko czuję- odparła
-Ile podałaś?- rzucił do mnie, a ja pokazałam ampułki po środku znieczulającym, który właśnie podałam. Wtedy pan doktor zwrócił się do swojej asystentki
- Pani Aniu, poproszę to co zwykle, w takich przypadkach.
Spojrzałam na panią Anię i zrobiłam wielkie oczy. Pan doktor zrobił jeszcze jeden zastrzyk. Po chwili wykonał zabieg.
-Tak się bałam, ale nic nie czułam. Pan doktor to potrafi znieczulić.- z ulgą skomentowała pacjentka.
-Już dobrze, dobrze- odparł kolega i poleciał dalej, a ja stałam oniemiała. Bo tak na dobrą sprawę, środkiem znieczulającym dla tej pacjentki stał się sam pan doktor. Lekiem, który dostrzykiwał była woda do iniekcji, czyli placebo.                       

   Przekonałam się, że siła sugestii jest ogromna. Nauczyłam się wtedy, że najważniejsze w relacjach pacjent- lekarz jest wzajemne zaufanie i zrozumienie.
I nad takim układem muszą pracować obie strony. To tak, jak w małżeństwie, bo „w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz.”

   Teraz, po latach, wypracowałam sobie własny styl porozumiewania się z pacjentami. Skutecznie zwalczamy strach i lęki. Mamy też o wiele więcej możliwości niż ćwierć wieku temu. Ot, choćby zestawy do iniekcji bezigłowych, czy karpule (na zdjęciu) i bardzo delikatne i cieniutkie igły, dzięki którym ukłucie mniej boli niż ukąszenie komara. Strach ma zawsze wielkie oczy. Nie warto się bać.

23 stycznia 2011

„Między ustami a brzegiem spluwaczki”




    Między ustami a brzegiem spluwaczki dzieje się bardzo wiele. Jaka to dziwna „machina”. Wszystko jest zautomatyzowane. Niestety, pacjenci nagminnie łapią za rurkę, z której płynie woda opłukująca brzegi, sądząc, że jest to „włącznik” kraniku pod którym stoi kubek. Zazwyczaj robią to, gdy myślą, że my tego nie widzimy. Czasem rzeczywiście nie jesteśmy w stanie zauważyć i wtedy, po włączeniu spłukiwania, woda zamiast obmywać miskę leje się na podłogę gabinetu. Przy okazji można się załapać na prysznic, bo to działa, jak trąba słonia, który w zoo oblewa podglądaczy.
     Pewnego razu zszokowała nas reakcja na hasło:
-Proszę wypłukać usta- powiedziałam i po chwili moje oczy zrobiły się okrągłe.
Pacjent, zamiast sięgnąć po kubek z wodą, schylił się nad miską spluwaczki i próbował wlać sobie wodę do ust z tej rurki do obmywania brzegów muszli.

     Wreszcie technika płukania ust. Już dawno odgrażałam się, że napiszę o tym książkę, bo bogactwo sposobów płukania i plucia jest powalające. Są odzwierciedleniem charakterów, osobowości. Mamy leniwców, którzy wodę wlewają do ust i czekają, kiedy sama wyleci. Są cholerycy, którzy płuczą głośno i zamaszyście, po czym z impetem i siłą wodospadu wypuszczają strumień wody, a wtedy Lenka odskakuje szybko, by nie zostać oplutą. Są tacy, którzy płuczą tak, jakby płukali gardło, a nie jamę ustną. Robią to z takim typowym gulgotaniem- grrr...
     Inni przypominają mi swoim pluciem babcię, która spryskiwała bieliznę przed prasowaniem, gdy żelazka miały dusze i nie posiadały jeszcze nawilżaczy. Są też fani tzw. małych kroków, czyli wypuszczają po kropelce.
    Osobną grupę stanowią dzieci. Nauczyłam się jednego. Zawsze, na pierwszej wizycie dziecka robię szczegółowy instruktaż, skąd bierze się wodę do płukania i przede wszystkim, gdzie się ją wypluwa. Przy dorosłych zakładam, że wiedzą. Ale czy na pewno? Otóż niedawno zaskoczył mnie 30-letni pacjent pytaniem:
-Gdzie mam wypluć?- Na szczęście zapytał przed nabraniem wody do ust. Inny po prostu połknął wodę, bo nie zdążyłam mu pokazać, gdzie ma się nadmiaru pozbyć. Wodnych przygód jest bez liku, bo z ust do brzegu spluwaczki wiedzie bardzo długa, najeżona przeszkodami droga.