10 marca 2011

„Z balkonikiem”



     Pięćdziesiąty odcinek jest okazją, by uchylić rąbka tajemnicy. To historia, która tak naprawdę spowodowała, że zaczęłam robić notatki z przygód, jakie towarzyszyły mi w mojej codziennej pracy. Powstawał szkic. Niektórymi historyjkami dzieliłam się wcześniej z przyjaciółmi w realu. Potem była książka W.A. I długie maile między Gosią i mną. Namawiała mnie do założenia i prowadzenia blogów w ogóle. Byłam oporna. Następnie Dorota dołożyła starań, bym podjęła decyzję. Gosia też nie odpuszczała. Spróbowałam. Blog z poezją i drugi o niczym, czyli luźne, niepowiązane z sobą tematy. Muszę tu wyjaśnić kolejność zdarzeń. Stąd ten przydługi wstęp. Potem dziewczyny zaczęły namawiać mnie na pisanie o mojej pracy. Robiłam to dużo wcześniej, ale tylko „do szuflady”. Bałam się. Do Gosi i Doroty dołączyła Basia. Wzbraniałam się do czasu, gdy pojawił się Stefan. Jest niesamowity. Potrafił obudzić we mnie odwagę i uśpić obawy.
     Tylko co z tym balkonikiem? Wracam więc do historii, od której zaczęłam post. Wszystko przez rozmowę z jedną z moich stałych i ulubionych pacjentek. Pani Krysia jest przemiłą osobą, z dużym poczuciem humoru. Jest w moim wieku. Piszę o tym, bo wiek ma w tej opowieści istotne znaczenie. Na jednej z wizyt, gdy rozmawiałyśmy o przyszłości, rzuciła taki tekst:
- Gdy będę już bardzo stara i stracę wszystkie zęby, to pani doktor zrobi mi śliczną protezę.
- Pani Krysiu, przecież cały czas walczymy, by pani zębów nie straciła- powiedziałam zaskoczona i po chwili dodałam- do tej pory ma pani wszystkie!
- Kiedyś chyba jednak je stracę, są już takie połatane.
- Całkiem dobre zęby i nie tyle połatane, co wyleczone- dałam kontrę.
- Jednak kiedyś pożegnam się z nimi, wszyscy kiedyś tracą swoje zęby, przecież się zużywają. Nie chce mi pani doktor obiecać, że zrobi tę protezę? Dlaczego?- Sprytnie do sprawy podeszła pani Krysia.
- Nie mogę obiecać, bo kiedy pani będzie stara, ja też już będę stara i wtedy będę w stanie spoczynku, tzn. na zasłużonej emeryturze, mimo, że nie bardzo sobie to wyobrażam, bo pracoholikiem jestem.
- To niemożliwe. Pani się nie starzeje- chciała dodać mi animuszu- i przez całe lata taka sama. A ja nie mogę na starość, tak nagle zmieniać stomatologa. Zrobi pani doktor dla mnie wyjątek- oświadczyła zdecydowanym głosem pacjentka.
- Pani Krysiu, a jak mi się będą już trzęsły ręce i nie trafię do buzi? - zaczęłam się śmiać- i może z balkonikiem chodzić będę?
- Może być i z balkonikiem. Gabinet ma przystosowania dla niepełnosprawnych. Jakoś sobie poradzimy- zaczęła jednak śmiać się razem ze mną, bo wyobraziła sobie mnie z balkonikiem przy fotelu i po chwili dodała- Jakiś wózek z podpórkami na ręce załatwimy, to ułatwi pracę.
- No i doczekam się napisu na nagrobku: „Zginęła na posterunku do końca grzebiąc w zębach, których już nie odróżniała od ucha”. Pani Krysiu polecę teraz słowami kultowej piosenki: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.
Po powrocie z gabinetu do domu zapisałam nasz dialog. Scena z balkonikiem wydała mi się tak śmieszna i surrealistyczna, że chciałam ją uwiecznić na papierze. Potem dopisywałam dalsze, krótkie notatki. Tak powstawał szkic. A resztę już znacie.


08 marca 2011

„Baśnie, bajki i bajeczki... czyli zaczarowany fotel.”




     Jednego, pięknego dnia usiadł na fotelu trzynastolatek. Gdy podchodziłam do niego zauważyłam, że macha ręką nad kubkiem z wodą, potem wykonuje też dziwne ruchy dłonią. Zaciekawiona spytałam:
- Jakieś czary uskuteczniasz?
- Nie, tylko opowiadali mi, że to niesamowity fotel. Mówili, że jak odpowiednio pomacham, to woda do kubka poleci, albo do spluwaczki. A wiertarka włączy się lub stanie. Sprawdzam.- poważnie odpowiedział podrostek.
- A kto tobie to opowiadał?- ciągnęłam temat zaintrygowana.
- Kolega, bo jego siostra tu była i mówiła coś o zaczarowanym fotelu, ale tu nic nie leci...- stwierdził zawiedziony.
- Myślę, że zapomniałeś o zaklęciu- zaczęłam się śmiać i widząc zdziwienie na twarzy chłopca wyjaśniłam mu te czary.- Zdradzę tobie tę tajemną wiedzę.
     Małym dzieciom bajki opowiadam. Oczywiście wszystko po to, by zachęcić je do współpracy. Jednym razem lecimy samolotem, innym płyniemy wielkim statkiem do krainy „Zębolandią” zwanej. Tam zagościli źli czarnoksiężnicy, Zęboból i Zębopsuj, którzy mają do pomocy złych „zębowych drwali”. Jesteśmy ekspedycją ratunkową dla Zębolandii. Razem z Wróżką Zębuszką przepędzamy niszczycieli. Specjalnymi odkurzaczami, które reagują na ruch ręki. Wypłukujemy ich zaczarowaną wodą z tajemniczego kubka, do którego ta woda dostaje się pod wpływem tajnych zaklęć i ruchów dłoni. Pomaga nam w tym Wodna Wróżka.
A tak na poważnie, to pani Lenka i ja dusimy w odpowiednim czasie na specjalne guziczki.
- Znasz już prawdę, ale proszę nie odczarowuj siostrze kolegi tego fotela, bo jest jeszcze mała- zwróciłam się do trzynastolatka.
- No jasne- odparł uśmiechnięty i zadowolony, że został dopuszczony do tajemnicy. Z nim umówiłam się tylko, że gdyby chciał przerwać zabieg podniesie lekko dłoń, a turbina zrobi „stop”, już bez czarów.

     Najfajniejsze jest to, że niektórzy z moich „stałych”, dorosłych pacjentów, którymi zajmuję się od czasu, gdy byli jeszcze dziećmi, nadal dają mi sygnał dłonią. Przyzwyczajenie jest jednak drugą naturą człowieka, a oni twierdzą, że ten fotel pozostał w ich świadomości czarodziejskim na zawsze. 


06 marca 2011

„Dzień, jak co dzień”



   Chociaż dzisiaj niedziela, to myślę już o nowym tygodniu. Poniedziałek. Dzień zacznie się wcześnie rano. Pobiegnę najpierw do jednego gabinetu, potem, gdy zdążę, to zrobię sobie krótką przerwę obiadową i w południe zacznę pracę w drugim gabinecie. Tak do 19- nastej. W taki zwykły dzień, jak co dzień, oprócz przyjmowania pacjentów (priorytetowe zajęcie), to telefonicznie załatwiam sprawy. Prawdę mówiąc nie ja dzwonię, to do mnie telefonują różne firmy, banki, zakłady usługowo-handlowe i takie, które z medycyną, stomatologią nie mają nic wspólnego. Fajnie, że dzwonią z ofertami sprzedaży urządzeń stomatologicznych, naszych materiałów, narzędzi czy sprzętów przydatnych w działalności, którą prowadzę. Niestety, niektórzy przedstawiciele firm są nieznośni. A co najważniejsze, nie rozumieją zdania: „nie jestem tym zainteresowana”. Wierzę, że muszą się wygadać, ale nie mam czasu, by słuchać o rzeczach, które nie są mi potrzebne w danej chwili. A oni nie dają sobie grzecznie przerwać monologu. Dziwi ich, gdy mówię, że jak będę ich potrzebowała, to sama ich znajdę. Przedstawiciele wielu firm zakładają, że klienci są nierozgarnięci i zagubieni, i trzeba prowadzić ich za rączkę, by sięgnęli do własnej kieszeni zakupując zupełnie zbędne produkty. Nie rozumieją prawa wyboru?
     Najzabawniejsze chwile przeżyłam jakiś czas temu, gdy proponowano mi prezentację w gabinecie. Bardzo wiele zachęcających mnie słów padło z ust pani przedstawicielki. Między innymi dowiedziałam się, że tysiące moich koleżanek i kolegów po fachu zdecydowało się na taki pokaz w gabinecie i zakupiło to wielofunkcyjne urządzenie. Nie mogłam tylko zrozumieć o jaki sprzęt chodzi. Próbowałam się dowiedzieć, ale nic z tego. Musiałam wysłuchać do końca. Koniec mnie zachwycił! Chodziło o garnek wielofunkcyjny, taki, co to sam wszystko gotuje. No bajer! Tylko na jakiego grzyba potrzebny mi taki gar w gabinecie stomatologicznym nadal nie kumałam i pani przedstawicielce zrobiło się przykro, gdy odmówiłam, bo ponoć nikt jej nie odmówił.
     Ileż to szans na korzystny kredyt przeszło mi koło nosa, bo uparty ze mnie osioł i moja wiara granicząca z pewnością, że kredyty są korzystne, ale tylko dla banków, nie pozwala mi na szaleństwo ulegania urokowi panów agentów o zniewalającym uśmiechu i głosie.
     Jakie nowe wyzwania czekają mnie w nadchodzącym tygodniu? W ostatnim odmówiłam zawalenia mojej fachowej biblioteki kolejnymi wydaniami medycznymi (kolorowymi, z obrazkami!), nawet nie chciałam, by przysłano mi je tylko do pooglądania. Pani nie mogła zrozumieć, że nie chcę obejrzeć obrazków i nie chcę mieć kłopotu z odsyłaniem dzieła, gdy stwierdzę, że nie jest mi ono potrzebne. Wjeżdżała mi nawet na ambicję, bo przecież lekarz musi się cały czas dokształcać! Pewnie, że musi. I się dokształca, ale niekoniecznie z książeczek z obrazkami. Osobiście wolę te z tekstem, a najbardziej kocham dokształcanie praktyczne.
Dobrze, że dziś jest niedziela i nikt nie dzwoni- idę cieszyć się z tej ciszy.

04 marca 2011

„Symulant i sprawdzalność powiedzonka: szczery jak dziecko



     To wcale nie jest taka prosta sprawa, ani taka oczywista. Wśród zwykłych, cierpiących bardzo ludzi zdarzają się symulanci. Trudno nam zakładać, że co piąty pacjent udaje objawy. Po co miałby to robić? Naraża się wtedy na nieprawidłową diagnozę. Z pewnością po to, by uniknąć kolejki. Zapisywać się na wizytę i czekać na nią dwa, trzy tygodnie? Tak robią frajerzy. Lepiej podejść do gabinetu i powiedzieć, że jest się z bólem. Przyjmą od razu. Na fotelu już stworzy się dalszy ciąg bajeczki. Tak myśli wielu symulantów. Niektórzy z nich zawiodą się srodze, jak w przypadku pana Z.
-Jestem z bólem. Czy mogę wejść?- zapytał Lenkę mężczyzna.
- Chwileczkę proszę poczekać, pierwszeństwo mają osoby zapisane. Wygospodarujemy czas dla pana. Poprosimy.
Poprosiłyśmy. Usiadł na fotelu i wskazał na mały ubytek w zębie.
- Ta mała dziurka, aż tak pana boli?- Zapytałam ze zdziwieniem i zaczęłam dochodzenie, jak detektyw.- Proszę opowiedzieć na co reaguje? Na zimno, na ciepło, na słodkie? Boli cały czas, czy tylko chwilami?
- Cały czas, na wszystko, na dotyk też- odrzekł krótko pacjent.
Opracowałam więc ubytek i założyłam lekarstwo.
Widocznie wdał się jakiś stan zapalny, chociaż ubytek niewielki”- pomyślałam.
- To nie założy mi pani plomby?- Zdziwił się pan Z.
- Nie. Nie mogę. Przecież ząb pana boli- zaczęłam nabierać podejrzeń.
- No, nie tak bardzo boli. Chwilami tylko, a właściwie trudno to nazwać bólem- zaczął przekonywać mnie pacjent- właściwie to tylko raz, jakoś dziwnie, zareagował.
- Przed chwilą mówił pan co innego. Na bolący ząb jest lekarstwo. Nic innego panu nie mogę zaproponować- odrzekłam, chociaż już dobrze wiedziałam, że nas oszukał.- Przyjdzie pan za dwa tygodnie i jak wszystko będzie w porządku, założymy stałe wypełnienie. Postaram się punktualnie pana przyjąć, o ile nie trafi się ktoś przed panem, kogo też tak, jak pana dzisiaj, będzie bolał ząb.
Pan Z. nie był zadowolony, ale w poczekalni siedzieli kolejni umówieni i cierpliwi pacjenci, więc szybko podziękował i wyszedł.

      Czasem „symulant” jest osobą towarzyszącą. Mamusia anonsuje dziecko z bólem. Twierdzi, że chłopiec nie sypia po nocach i bardzo cierpi. Dzięki takim opowieściom omija kolejkę. Ból nie może przecież czekać. Mały siada na fotel.
- Który ząbek tobie dokucza- pytam chłopca
- Żaden- z rozbrajającą szczerością odpowiada dziecko.
- No przecież cię bolał- próbuje ratować sytuację mama i znacząco patrzy na syna- nie pamiętasz?
- Wcale mnie nie bolał. To ty zobaczyłaś dziurkę i powiedziałaś, że musimy iść do dentysty- mały dalej pogrąża mamę.
- Już dobrze. Zabezpieczymy dziurkę, która niepokoi mamę i wyznaczymy termin wizyty, by zaplombować tego zęba- oświadczam mamie i udzielam pomocy dziecku.

     Chyba lepiej wychodzą uczciwi pacjenci. Gdy zgłosi się ktoś, komu się spieszy i zależy mu na czasie, a powie o tym szczerze, bez udawania bólów, zawsze znajdziemy miejsce i czas, by satysfakcjonujący obie strony zabieg wykonać. Nie ma to, jak być prawdomównym.