31 marca 2011

„Pierwsza lekcja”




     Pewien temat opracowałam już bardzo dawno temu. Przed jego publikacją powstrzymywało mnie stare polskie porzekadło: „nie wywołuj wilka z lasu”. Niech sobie w tym lesie siedzi. Postawa Japończyków, którzy zachowują zimną krew w skrajnych sytuacjach, takich nie do przewidzenia, bardzo mi zaimponowała. Też chciałabym tak umieć (ja tu o tej „zimnej krwi”). Trudno porównywać tsunami i trzęsienia ziemi do stanów nagłych w gabinecie, ale wierzcie mi, że dla lekarza czy pacjenta, który właśnie traci przytomność albo mdleje, jest to także skrajne, graniczne wydarzenie. Każdy lekarz teoretycznie jest przygotowany na to, by udzielić odpowiedniej pomocy medycznej. I jej udziela, gdy jest konieczna. Najczęściej z takimi stanami stykają się lekarze ratownictwa medycznego, lekarze oddziałów intensywnej opieki medycznej, anestezjolodzy, chirurdzy- to właściwie jest ich chleb powszedni. W innych specjalnościach o wiele rzadziej zdarzają się nagłe stany. Stomatolodzy spotykają się głównie z omdleniami, ale bywają też poważniejsze sytuacje.      
    W swojej zawodowej karierze miałam dwa takie przypadki. Jeden trafił mi się na samym początku mojej przygody ze stomatologią, jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Był jak prawdziwy chrzest, a ja byłam mokrusieńka. Pamiętam to jednak tak, jakby to było wczoraj. Był dzień wolny od pracy. Do mieszkania trafił mężczyzna, który poprosił mnie o pomoc. Byłam umówiona z koleżanką, ale szybko zawiadomiłam ją, że spóźnię się trochę. Poszliśmy do gabinetu. Jak zwykle wykonałam badanie stomatologiczne, postawiłam diagnozę: ząb do usunięcia. Przeprowadziłam rutynowy wywiad, znieczuliłam. Nic się nie działo złego.           Usunęłam zęba. Wyszedł jak z masła. Sięgnęłam po tampony. Sama byłam, więc nie miał mi ich kto podać. Gdy odwróciłam się do pacjenta ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma go na fotelu. To były ułamki sekund. Pacjent leżał na podłodze. Zsunął się z fotela. Natychmiast przystąpiłam do wszystkich koniecznych czynności i dodatkowo zaczęłam się modlić o to, by ktoś, chociaż przypadkiem, zajrzał do gabinetu, bo byłam tam sama z nieprzytomnym pacjentem. Wybór trudny. Być przy nim, czy przerwać czynności i biec po pomoc. Właśnie biec, bo komórek wtedy nie było! Stacjonarne telefony mieli zakładać na osiedlu dopiero za kilka miesięcy. W pobliżu gabinetu stała tylko budka telefoniczna. Co mówi na to Hipokrates? Nie wiem, czy przewidywał takie sytuacje. Opatrzność jednak czuwała nade mną, koleżanka zaniepokojona moją długą nieobecnością zajrzała do gabinetu. Zostałam przy pacjencie, a ona dzwoniła z budki na Pogotowie Ratunkowe. Działałam jak maszyna. Wykonywałam czynności automatycznie, jednak nie nazwałabym tego „zimną krwią”, myślałam, że serce wyskoczy ze mnie i stanie obok. Pacjent zdążył odzyskać przytomność nim pomoc przybyła, ze mnie lały się siódme poty. Dobrze, że zawału nie dostałam. Czy to był pech, czy szczęście?
     Wszystko to stało się przez jedną małą kroplę krwi na języku! Pacjent miał „hobby”. Zawsze „robił odjazd”, gdy zobaczył lub poczuł krew. Niestety nie poinformował mnie o tym wcześniej, nie uprzedził. Dostałam pierwszą lekcję. Już nigdy potem nie pracowałam sama. Zawsze towarzyszyła mi asystentka. No i założyli telefony! A teraz na szczęście są komórki.

26 marca 2011

„Rodzicom czasu ciągle brak...”



     Nie zawsze w gabinecie szkolnym wyglądało tak różowo i „kosmicznie”, jak w poście niżej. Zdarzały się też przypadki skomplikowane. Najtrudniejsza wtedy była współpraca z rodzicami. W jednej „z piątek”, o których pisałam w „Tańczącym z wiertłami”, trafił się chłopiec, który przybył do szkoły z innej miejscowości, gdzie prawdopodobnie nie było lekarza szkolnego i nie był on wcześniej objęty „planowym leczeniem”. Stan uzębienia tego dwunastolatka przedstawiał się tragicznie. Były to wczesne lata osiemdziesiąte. „Evicrol”- czeski composit do odbudowy zębów- posiadały tylko jednostki specjalistyczne, a chłopiec miał półksiężyce zamiast zębów siecznych. Wyleczyłam trzonowce i przedtrzonowce, ale co zrobić z zębami siecznymi ? Postanowiłam wysłać dziecko tam, gdzie najlepszymi materiałami dostępnymi wtedy oficjalnie w Polsce (prywatne gabinety potajemnie i z wielkimi trudnościami sprowadzały masy kompozycyjne z Zachodu) odbudują dziecku utracone tkanki zębów. Jeszcze nie wiedziałam, że zaczęła się moja gehenna. Pisemne prośby o skontaktowanie się rodziców ze mną pozostawały bez odpowiedzi. Zdobyłam numer telefonu do zakładu pracy matki dziecka i wreszcie się z nią mogłam rozmówić:
- Dzień dobry. Dzwonię z gabinetu szkolnego. Pani syn potrzebuje pomocy specjalistycznej...- zaczęłam zdanie, ale kobieta przerwała.
- To pani sprawa- usłyszałam jej zniecierpliwiony głos.- Ja nie mam czasu, a pani jest lekarzem.
- Moja? - zdziwiłam się bardzo.- Przecież to pani dziecko, nie moje. Trzeba z synem pojechać do poradni specjalistycznej.
- Nie mogę, nie mam urlopu i pieniędzy na dojazd- odparła matka.
- To da się załatwić. Dostanie pani zwolnienie lekarskie (opiekę nad dzieckiem) i zwrot kosztów podróży.
- No chyba, że tak.- Łaskawie zgodziła się moja rozmówczyni.
     Mamy teraz dwudziesty pierwszy wiek, ale nastawienie niektórych rodziców niewiele się zmieniło, mimo iż od tamtego czasu upłynęło prawie trzydzieści lat. Nie ma już planowego leczenia. Nie ma gabinetów w szkołach. Nie ma też zwrotów kosztów podróży. Kontrakty na "leczenie dzieci i młodzieży do osiemnastego roku życia" nie są w stanie zabezpieczyć młodego pokolenia, bo jest tych kontraktów za mało. Wtedy na jedną szkołę przypadał jeden lekarz. Miał pod opieką 700 do 1300 dzieci. Teraz jeden kontrakt w powiecie obsługuje kilka tysięcy małych pacjentów (u nas około 4000). Teoretycznie powinny znajdować też pomoc u lekarzy mających kontrakt "ogólnostomatologiczny", ale tak się nie dzieje. Owszem, gdy ząb boli, udzielą pomocy, ale z pewnością nie są to regularne wizyty i planowe leczenie. Obecnie znacznie częściej trafiają się takie przypadki, jak ten omawiany wyżej, ten sprzed trzydziestu lat. Stan uzębienia naszych milusińskich pozostawia wiele do życzenia. Fakt, posiadamy teraz cudowne materiały i potrafimy poradzić sobie z mocno zniszczonymi zębami. Problem w tym, że wiele dzieci nie trafia wcale do stomatologa, bo nie ma z nimi kto przyjść. Odpowiedzialność za uzębienie dzieci ponoszą rodzice, ale pracując mają ograniczone możliwości dotarcia do gabinetów ze swoimi pociechami. Sprawa wydaje się być nierozwiązywalna. Wylaliśmy dziecko z kąpielą likwidując tzw. „medycynę szkolną”. I nikt nie jest tym zainteresowany. NFZ tłumaczy się małym zainteresowaniem dentystów tą specjalnością. Pewnie, bo te kontrakty nie są opłacalne, zdecydowanie korzystniej jest mieć kontrakt ogólnostomatologiczny. Dzieci nie zrobią pikiety pod Sejmem.



ilustracja: Salvador Dali " Persistence of Time"

24 marca 2011

„Tańczący z wiertłami”




     Codziennie tańczę z wiertłami przy fotelu, tańczy też „bormaszyna”. Wszystko jest teatrem ruchu. To jak kosmiczny balet. Jedni dostrzegają piękno tego tańca, inni są nieczuli na wdzięki moje i maszyny. Dorośli raczej nie zwracają uwagi na szczegóły. Większość widzi tylko światło lampy. Natomiast dzieci są fantastycznymi obserwatorami.
     Wróćmy więc do naszych pociech. Pisałam już o ich talentach aktorskich, malarskich czy krasomówczych. Jeszcze nic nie wspomniałam o baletmistrzach, nie mówiąc o „specach” od tańca nowoczesnego.
     Muszę tym razem przenieść się pamięcią do lat osiemdziesiątych. Wtedy, pracowałam między innymi w szkolnej poradni stomatologicznej. Gabinet szkolny był bardzo przestronny, wszak miał metraż normalnej klasy! Prowadziłyśmy tzw. planowe leczenie. Polegało to na tym, że przychodziła cała klasa do przeglądu uzębienia i po badaniu zapisywałyśmy kto i co ma do zrobienia. Potem, przez kilka następnych tygodni, dzieci „piątkami do podniebiennego raju szły”, by zęby leczyć. Żywo pamiętając swoje własne, dziecięce traumy starałam się tak dobierać owe „piątki”, by wśród przychodzących dzieci zawsze był ktoś odważny i dzielny. Taki maluch siadał na fotel pierwszy, a ja zapoznawałam resztę dzieci z kolejnością zdarzeń, pokazywałam wszystkie narzędzia i urządzenia przeprowadzając zabieg u bohatera. Schodził z fotela uśmiechnięty, co zdecydowanie zmniejszało dodatkowo lęk u pozostałych oczekujących. Obserwowały zabieg i reakcje pierwszego małego pacjenta, a on czując się wzorem zachowywał się cudownie. Dzieci żywo reagowały. Na zakończenie zabiegu malec otrzymywał nagrodę w postaci naklejki oraz tajemniczego pudełeczka (tych nigdy w gabinecie stomatologicznym nie brakuje, bo opakowań przedziwnych po materiałach, wiertłach i tym podobnych narzędziach dostatek). I pewnego razu dziecko mnie zaskoczyło:
- Ja dla pani też mam nagrodę- powiedział Grześ schodząc już po zabiegu z fotela.
- Jaką? Jestem bardzo ciekawa- odpowiedziałam.
- A my wiemy!- Zakrzyknęły dzieci, które były w tej „piątce”. Widocznie wcześniej już tę niespodziankę dla mnie i dla Lenki omówiły. No i Grześ zaczął na środku gabinetu wyczyniać piruety i inne figury razem z kolegą udającym raz pacjenta, a raz fotel, a dzieciaki śpiewały im jakąś piosenkę. Ruchy Grzesia przypominały moje czynności przy fotelu i działanie maszyny. Czułam się, jakbym znalazła się w innym świecie, takim surrealistycznym. Niesamowita aranżacja, kosmiczne figury, choreografii nie powstydziłby się profesjonalista. Występ był krótki, ale bardzo treściwy i miał swoją nazwę... „taniec z wiertłami”.



ilustracja: Igor Zenin

20 marca 2011

„Super talent i spisek... czyli moje Gwiazdy”



    Mogłabym z powodzeniem być odkrywcą talentów, wielkich talentów. Aktorstwo niektórych pociech przerasta najwybitniejszych. Plejada GWIAZD. Wojtuś, czterolatek, mamę nabierał za każdym razem. Udawał silny ból zębów. To naprawdę sztuka. Mama dzwoniła do mnie i szybko reagowałyśmy. Nie mijała godzina, a Wojtuś przekraczał próg gabinetu i witał się ze mną serdecznie. Nie wyglądał na cierpiącego. Pozory mogły jednak mylić.
- Który to ząbek tobie dokucza? Zaraz się z nim rozprawię, że nie daje tobie spokoju- mówiłam i oglądałam uzębienie chłopca. Problem był spory, bo wszystkie zęby miał zdrowe.
- Już mnie nie boli- odpowiadał chłopiec i grzecznie pytał- czy mogę windą w górę pojechać?
- Jasne, że pojedziemy, ale Wojtusiu powiedz mi, kiedy on boli i z której strony?- nie dawałam za wygraną
- Nie wiem już. Teraz nie boli. Ale pojedziemy w górę?- był uparty
- Pojedziemy- odpowiedziałam i obserwowałam malca, gdy fotel się podnosił. Ileż szczęścia widziałam na jego twarzy. Gdy fotel podążał w dół Wojtek zapytał:
- A nagrodę dostanę, bo ładnie otwierałem buzię?
- Dostaniesz, bo ładnie otwierasz buzię, ale wiesz, że nie wolno kłamać?- odpowiedziałam.
- Myśli pani doktor, że on nas nabiera?- zaniepokoiła się mama chłopca.
- Tak sądzę, ale zobaczymy- odrzekłam mamie- Bardzo panią proszę, jeżeli ból się powtórzy, niech synek w tym momencie pokaże pani, które miejsce go boli. To bardzo ważne.
Trzydzieści metrów od gabinetu jest plac zabaw. Po wizycie Wojtek jeszcze poszalał na huśtawce.
Nie minęły dwa tygodnie od naszego spotkania, a chłopiec znowu „z bólami” przyjechał. Tym razem, tak by dziecko nie słyszało wypytałam mamę, o który to ząb chodzi. Według jej relacji miała to być górna lewa piątka.
- Myślę, że ten drań ci dokucza- powiedziałam lekko stukając w piątkę dolną prawą.
- No! Ten.- potwierdził malec, ale nie zareagował na pukanie w żaden sposób.
Zapukałam potem w ten wskazany przez kobietę. Też nie było reakcji. Zapomniał znów, który to ząb bolał. Nabrałam pewności, że chłopiec zmyśla. Tak jednak sugestywnie udawał bóle gdy był w domu, że mama, chociaż już wiedziała o planach syna, dla spokoju sumienia przywoziła chłopca, by się upewnić, czy nic się nie dzieje. A nie działo się nic. Po co to robił? Dziś już wiemy. Jeżdżenie na fotelu, nagrody za dzielność i plac zabaw były motywatorami przyjazdów i częstych wizyt. Uknułyśmy spisek. Ustaliłyśmy z mamą, że przy kolejnej scenie „z bólami” nie będzie żadnych „nagród”. I konsekwentnie to przeprowadziłyśmy tłumacząc jednocześnie chłopcu, że tak nie wolno zmyślać. Ustaliłyśmy też, że mama chłopca przyjedzie za parę dni tylko na plac zabaw, by dziecko bez przeszkód mogło się pobawić i nie wiązało tego z wizytą u dentysty. Pomogło. Bóle się skończyły.